12.10.2024
13.10.2024
19.10.2024
20.10.2024
26.10.2024
27.10.2024
9.11.2024
10.11.2024
16.11.2024
17.11.2024
30.11.2024
1.12.2024
14.12.2024
15.12.2024
21.12.2024
22.12.2024
11.01.2025
12.01.2025
1.02.2025
2.02.2025
22.02.2025
23.02.2025
15.03.2025
16.03.2025
Moderator

KALENDARZ MODERATORA

Szkoły Moderatora odbywają się przez cały rok.
Wybierz właściwą dla siebie szkołę, a zobaczysz daty zjazdów rekrutowanych edycji.
Informacje o trwających zajęciach znajdziesz również po wybraniu właściwej szkoły.
W przypadku zainteresowania szkołami w innych miastach, prosimy o kontakt.

Zarządzanie salonem – zacznij od celów

zarządzanie salonem

Straciwszy cel z oczu, podwoiliśmy wysiłki

Mark Twain

Zarządzanie salonem – zacznij od celów

W natłoku codziennych obowiązków zapominamy niejednokrotnie, jaki jest rzeczywisty cel naszych działań. Wiele decyzji dotyczących salonu jest efektem emocji lub kierowania się krótkotrwałymi korzyściami. Przykładem może być przystąpienie do jakiejś akcji lub skorzystanie z promocji, która rzeczywiście daje salonowi zysk, lecz niekoniecznie rozwija pracowników. Właściciele salonów fryzjerskich mają niemal na co dzień kontakt z przedstawicielami różnych firm oferujących swoje produkty lub szerszą współpracę. To, z kim współpracować i na jakich zasadach powinno być przefiltrowane przez postawione wcześniej cele biznesowe. W przeciwnym razie funkcjonowanie salonu będzie efektem przypadkowych decyzji a nie konsekwentnie realizowaną polityką służącą celom właściciela.

Powstaje pytanie, czy dosyć oczywisty cel mówiący o generowaniu przez salon coraz większych zysków jest dobrze postawionym celem

Z pozoru wydaje się, że tak. Choć powstaje tu kilka pytań. Po pierwsze, na jakim poziomie mają być te zyski? Po wtóre, w jakim czasie ma być osiągnięty? Po trzecie, jaka strategia ma służyć jego osiągnięciu? Odpowiedzi na te pytania wyznaczają podstawowe cechy dobrze postawionego celu. Aby cel mógł wpływać na codzienne działania firmy powinien być ambitny, ale realistyczny. Niektórzy ludzie myślą, że postawienie sobie celów nie do osiągnięcia będzie korzystne ponieważ nawet osiągając go dojdą bardzo wysoko. W praktyce jest odwrotnie. Wyobraźmy sobie przeciętnego człowieka w wieku około 40 lat, który postanowił systematycznie biegać. Postawił sobie cel, aby przebiec dystans 10 km w czasie zbliżonym do rekordu Polski. Cel taki jest nierealistyczny i spowoduje raczej frustrację niż poprawę wyników. Podobnie jest w biznesie, założenie poziomu zysków nieznacznie przekraczających obecne, najlepiej motywuje do działania. Wiąże się z tym kolejna cecha dobrze postawionego celu a więc jego mierzalność. Z tej perspektywy patrząc zwiększenie zysków jest nieprecyzyjnym celem. Należałoby powiedzieć zwiększenie zysków o 20%. Cel ponadto powinien być też określony w czasie. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy mieli tendencję do odkładania różnych działań na później a realizacja zamierzenia będzie odsuwać się daleko w przyszłość. I wreszcie cel powinien być rozwojowy. Oznacza to, że powinien nie tylko przynosić efekty ekonomiczne, lecz także inne np. rozwój kompetencji pracowników. Biorąc pod uwagę wszystkie kryteria dobrze postawionego celu można teraz sformułować przykłady prawidłowo postawionych celów zarówno ogólnych jak i konkretnych. Oto kilka z nich:

– Wzrost liczby klientów o 10% do końca roku
– Podniesienie w ciągu kwartału poziomu odsprzedaży kosmetyków w salonie o 30%.
– Zdobycie przez pracowników w ciągu pół roku certyfikatów poświadczających opanowanie przez nich nowych technik strzyżenia.

To, jakie cele stawia właściciel sobie i swoim pracownikom zależy od jego ogólniejszej wizji prowadzenia salonu. Dla jednego wizją jest to świadczenie usług szerokiej grupie klientów. Dla drugiego to posiadanie salonu, do którego przychodzą bogaci klienci o wysokich wymaganiach. Wreszcie dla jeszcze innego wizją jest posiadanie sieci kilku rozpoznawalnych i renomowanych salonów. Sformułowanie wizji pociąga za sobą ustalenie celów, które będą tę wizję realizować. Zwróćmy uwagę, że w przeciwieństwie do celów, wizja jest ogólniejsza i mniej konkretna. Można ją inaczej określić swoim pomysłem na biznes. Podejmowanie codziennych decyzji będzie dużo łatwiejsze, jeśli będzie mieli w głowie cele, do jakich dążymy. Trafniej dobierzemy firmę, dostarczającą nam kosmetyki, meble czy oferującą nam szkolenia. Stworzymy taki lub inny standard obsługi klienta w salonie, będziemy kłaść nacisk na odsprzedaż kosmetyków itd. Stawiaj cele i kieruj się nimi na co dzień a praca będzie łatwiejsza i bardziej satysfakcjonująca.

Moderator – https://moderator.edu.pl/

Złudzenia uczących informatyków

Prawdopodobnie każdy z nas miał negatywne doświadczenia związane ze sposobem, w jaki nas uczono. Niska świadomość zasad przekazywania wiedzy i umiejętności przenosi się ze szkół i uczelni w dorosłe życie zawodowe w którym często oprócz swoich normalnych obowiązków mamy też uczyć innych ludzi. W dużej mierze dotyczy to informatyków zatrudnionych w firmach lub urzędach, gdzie odpowiedzialni są nie tylko za sprawne funkcjonowanie systemu informatycznego, lecz także za podnoszenie poziomu wiedzy i kwalifikacji pracowników. I tutaj zaczynają się problemy. Olbrzymia wiedza i doświadczenie rzadko przekładają się umiejętności uczenia. Uczenie innych nie jest bowiem prostym procesem kopiowania z jednego nośnika na inny. Prześledźmy zatem typowe złudzenia leżące u podstaw błędów w uczeniu zagadnień związanych z informatyką. Dajmy też kilka prostych wskazówek, które znacznie ten proces ułatwią. (więcej…)

Edukacja oparta na dowodach.

Sławomir Jarmuż i jego dowody 🙂 A dokładnie fragment wywiadu udzielonego dla e-czasopisma „Psychologia Społeczna”.

(więcej…)

Recenzja „Psychology Led Astray” w „Skeptical Inquirer”

Recenzja Psychology Led Astray: Cargo Cult in Science and Therapy, ukazała się w bieżącym numerze (January/February 2017) Skeptical Inquirer – flagowym czasopiśmie The Commitee for Skeptical Inquiry. W kolumnie “New & Notable”. Autorem książki jest Tomasz Witkowski. (więcej…)

Why do we enjoy reality TV? Researchers say it’s more about empathy than humiliation

Tomasz Witkowski podjął wyzwanie jako „guest writer” i napisał artykuł na łamach Research Digest. (więcej…)

Co w zamian? Szkic o krytycznym myśleniu.

Podczas ostatniej dekady mojego życia na swojej drodze zdecydowanie częściej spotykałem hejterów i zawziętych krytyków niż pochlebców i klakierów. Egzystując sobie spokojnie w takiej otoczce czystej niechęci szybko nauczyłem się rozpoznawać schematy ataków. Chyba rozumiem trochę mistrzów walk wschodnich, którzy po latach ćwiczeń bez nadmiernego wysiłku potrafią walczyć z zamkniętymi oczami. Mnie było o tyle łatwiej, że mistrzowie walk wschodnich na swojej drodze spotykają tych doskonalących sztuki walki, ja niestety w większości sytuacji miałem do czynienia z mało wyrafinowanymi, powtarzalnymi schematami. Część z nich opisałem w Niezbędniku dziesięcioprocentowego intelektualisty. Nie jest to jednak wyczerpujące kompendium. Brakuje w nim kilku dość rutynowych schematów ataku. Jednym z nich jest nudne pytanie, na które często atakujący wpada w wyniku olśniewającego procesu myślowego i z którego jest niezwykle dumny, a które brzmi: „No więc, co proponujesz w zamian?”. To pytanie, w przekonaniu atakującego, powinno wcisnąć mnie w fotel, odebrać mowę i raz na zawsze zniechęcić do jakiejkolwiek krytyki. Przybliżę pokrótce sytuacje, w których się pojawia, aby pokazać później co z takich pytań wynika.

Najczęściej spotykam się z tym pytaniem, kiedy ośmielam się poddawać w wątpliwość skuteczność lub brak szkodliwości takich „świętości” jak psychoterapia. W odpowiedzi na badania, liczby, argumenty logiczne pada odpowiednio retorycznie doprawione pytanie: „No więc, co w zamian proponujesz tym wszystkim biednym cierpiącym ludziom?”. Po tym pytaniu powinienem poczuć się źle, niczym pozbawiony wrażliwości drań, próbujący odebrać ludziom jedyną nadzieję. Zła wiadomość – nie czuję się źle.

Podczas dyskusji z psychologami biegłymi sądowymi lub diagnostami, którzy stosują w swojej pracy nierzetelne i szkodliwe metody projekcyjne, w szczególności tzw. test Rorschacha, przedstawiając wyniki badań pokazujące całkowitą nieużyteczność tych narzędzi w odpowiedzi również słyszę to pytanie: „Jakie metody proponujesz w zamian? W jaki sposób mamy odpowiedzieć sądowi na pytanie, czy dziecko było molestowane seksualnie czy nie?”. Ponownie, powinienem poczuć się źle. Oto psycholog z całą swoją dobrą wolą próbuje pomóc w sytuacji, w której być może dzieje się nieodwracalna krzywda dziecka, a bezduszny empirysta wytrąca mu jedyne narzędzia z ręki. I znowu zła wiadomość – nie czuję się źle.

Jest wiele podobnych sytuacji i nie dotyczą one tylko psychologii. Z pytaniem „co w zamian?” spotkacie się krytykując metody analizy finansowej, podważając zasadność metod doboru personelu, wątpiąc w skuteczność punktowego systemu oceny naukowców czy negując sensowność jakichś absurdalnych procedur formalnych. Myślę jednak, że warto wspomnieć o jeszcze jednej, która szczególnie mnie uderzyła, bo miała miejsce wśród dobrze wykształconych i, jak mniemam, inteligentnych ludzi. Oto podczas pewnej, naukowej z założenia, konferencji próbowałem pokazać, że metody statystyczne wykorzystywane w wielu eksperymentach psychologicznych prowadzą do niekontrolowanych błędów uzyskiwanych wyników[1]. Jak pokazuje wiele szczegółowych analiz średni błąd w badaniach psychologicznych wynosi 60%, a więc jest wyższy niż ewentualny błąd uzyskany w wyniku rzutu monetą.[2] Podczas dyskusji padło owo sakramentalne pytanie: „Co zatem proponujesz w zamian? W jaki sposób mamy obliczać wyniki eksperymentów twoim zdaniem?”. I znowu nie poczułem się źle. Dlaczego?

Bowiem najuczciwszą intelektualnie odpowiedzią na pytanie: „co w zamian?” jest stwierdzenie: „NIC”. Jeśli ktoś w pracy stosuje metody szkodliwe, nieskuteczne, błędne to on i tylko on (pytający) jest odpowiedzialny za ich porzucenie lub zmianę, nie ten, kto odważył się poddać je w wątpliwość! A owa nieukrywana troska o dobro innych jest niczym innym, jak lękiem przed pustką. Terapeuta, który uzna zasadność krytyki, będzie musiał przestać przyjmować pacjentów, biegły sądowy będzie musiał odpowiedzieć uczciwie sądowi: „nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie”, a w ślad za tym utraci zlecenia od sądu, który oczekuje konkretnych odpowiedzi. Naukowiec skonfrontowany z brakiem precyzji swoich obliczeń będzie musiał albo wypracować lepsze metody, albo zrezygnować z kolejnych publikacji zapewniających mu tak pożądane punkty czy możliwość uczestnictwa w turystyce konferencyjnej.

Muszę jednak wyznać, że w podobnych dyskusjach nie byłem uczciwy i rzadko kiedy udzielałem odpowiedzi „NIC”. Tylko z tego powodu czuję się źle, bo zamiast tego wymyślałem jakieś alternatywy i obawiam się, że będę to robił w przyszłości, ponieważ w tych pytaniach znajduje się mnóstwo ukrytych założeń, które audytorium przysłuchujące się dyskusji najczęściej zna i akceptuje. Spróbuję wyjaśnić to na przykładzie kontrastu.

Gdyby podczas dyskusji dotyczącej zniesienia niewolnictwa jego obrońcy zadaliby pytanie: „Co w zamian?”, a przeciwnicy odpowiedzieliby: „NIC, brak niewolnictwa” rozumielibyśmy zasadność takiej odpowiedzi. Podobnie rzecz miałaby się, gdybyśmy dyskutowali o dyskryminacji kobiet, przemocy domowej, pedofilii itd. Po pierwsze, nikt przy zdrowych zmysłach nie zadawałby pytania „co w zamian”, a nawet jeśliby je zadał, odpowiedź „NIC – brak dyskryminacji, przemocy, pedofilii itd.”. wydałaby się jedyną zasadną. Dlaczego zatem w innych obszarach tak nie jest?

Niewolnictwo, dyskryminacja kobiet, przemoc w rodzinie, pedofilia to zjawiska nacechowane negatywnie. Usunięcie praktyk do nich prowadzących nie powoduje potrzeby szukania czegoś w zastępstwie. Wystarczająco dobry jest ich brak. Sytuacje, które przytoczyłem wcześniej, pochodzą z obszarów, które zdobyły sobie zupełnie odmienną opinię. Psychoterapeuta kierowany dobrą wolą stara się pomóc pacjentowi, biegły sądowy pomaga sędziemu odnaleźć prawdę o przestępstwie i przyczynia się do zatryumfowania sprawiedliwości, a uczony poświęca swoje życie odkrywaniu prawdy. Ani przedstawiciele tych dziedzin, ani opinia publiczna nie mają wątpliwości co do tych motywów, kiedy zatem pojawiają się wątpliwości dotyczące rzetelności, skuteczności i domniemanego braku negatywnych skutków stosowanych przez nich metod, kolejnym krokiem obrony jest stwierdzenie: „Wykorzystujemy te narzędzia, które mamy. Lepszymi nie dysponujemy”. W oczach opinii publicznej takie usprawiedliwienie jest wystarczające. Ale czy takim jest w rzeczywistości?

Podczas wakacji usłyszałem historię pewnego żeglarza, który rozbił swój jacht na podwodnych skałach i tylko dzięki sprawnej akcji służb ratowniczych SAR jego życie zostało ocalone. Żeglarz ów nawigując posługiwał się… mapą samochodową, która, jak każdy, kto taką mapę miał w ręku wie, nie zawiera żadnych informacji nawigacyjnych poza zarysem brzegów lądu. Jak się później tłumaczył ów nieszczęśnik – była to najlepsza mapa jaką dysponował. Pomimo że historia ta nieodmiennie budzi śmiech, to jednak identyczne wypowiedzi psychoterapeutów, psychologów, uczonych czy polityków nie tylko, że nie wywołują rozbawienia, ale często nie skłaniają do najmniejszej nawet refleksji.

Biegły sądowy korzysta z narzędzi, które są mniej przydatne do diagnozy niż mapa samochodowa do nawigacji i… nikt się z tego nie śmieje, bo jest to najlepsze narzędzie jakim dysponuje. Uczony dochodzi do wniosków przy pomocy metod bardziej błędnych niż daje rzut monetą i… nadal nikt się z tego nie śmieje, bo jest to najlepsze narzędzie jakim dysponuje. Da capo al fine…

A teraz wyobraź sobie Drogi Czytelniku, że lekarz na Twoje dolegliwości żołądkowe proponuje Ci lek na obniżenie ciśnienia, bo jest on najlepszym lekiem, jakim obecnie dysponuje. Będziesz kontynuował leczenie u tego lekarza? Pójdźmy o krok dalej, siedząc w autobusie wiozącym Cię na upragniony urlop na Lazurowe Wybrzeże we Francji, dowiedziałeś się, że kierowca posługuje się mapą Chorwacji, bo jest to najlepsza mapa, jaką ma. Pozostaniesz w tym autobusie? Nawet jeśli tak, to nie przeszkadza, żeby wyobrazić sobie, że inny kierowca, który dowozi Twoje dzieci do szkoły ma bardzo poważną wzroku, graniczącą ze ślepotą i wadę słuchu. Jest to jednak najlepszy kierowca, jakim dysponuje przedsiębiorstwo, które wygrało przetarg na dowóz dzieci do szkoły. Oczywiście, możesz zrobić karczemną awanturę kierownictwu firmy, a wówczas zapytają Cię: „Co proponuje Pan w zamian? Robimy co w naszej mocy, ale na warunkach, które proponujemy nie znajdzie się żaden lepszy kierowca, czy chce Pan wszystkie te biedne dzieci, które dowozi do szkoły pozbawić możliwości kształcenia? Chce Pan im odebrać możliwość równego startu i od dzieciństwa uczynić gorszymi?”.

Jeśli ułożyłeś już sobie odpowiedź, to pamiętaj o niej zawsze, kiedy krytykowany zadaje krytykującemu pytanie: „Co w zamian?”.

[1] Rzuć monetą zamiast przeprowadzać kolejny eksperyment!

[2]J. Cohen, “The Statistical Power of Abnormal-Social Psychological Research.” Journal of Abnormal and Social Psychology 65, (1962): 145-153; J. E. Hunter, “Needed: A Ban on the Significance Test.” Psychological Science 8, (1997): 3-7, 3; J. E. Maddock, and J. S. Rossi, “Statistical Power of Articles Published in Three Health Psychology-Related Journals,” Health Psychology 20, (2001): 76–78; J. S. Rossi, “Statistical Power of Psychological Research: What we Have Gained in 20 Years?” Journal of Consulting and Clinical Psychology 58, (1990): 646-656, 646.

Psycholog na kozetce

Autor:

Anna Szulc

Psycholog na kozetce

Zdrowy rozsądek podpowiada, że polską psychologię należałoby dziś zdiagnozować jako niepoczytalną. Bo czy poczytalne jest leczenie dorosłych przy pomocy duchów? A czy ktoś świadomy swoich czynów metodycznie podduszałby dzieci? Albo bez podstaw wsadzałby ich rodziców do więzień?

Doktor Barbara Gujska, psycholog ze stowarzyszenia Stop Manipulacji, od  kilku lat jeździ na rozprawy po Polsce. W zeszłym tygodniu trafiła na  posiedzenie sądu w średniej wielkości mieście, na którym na prośbę biznesmena X oskarżonego o molestowanie własnego dziecka (sprawa ciągnie się szósty rok), przedstawiła swoją ekspertyzę na temat opinii biegłych psychologów. Ta opinia stawia pana X w nad wyraz niekorzystnym świetle. Według biegłych X jest pedofilem, bo jego potomek bawił się kiedyś butelką ze smoczkiem. Co więcej, dzieciak, gdy już potrafił złożyć sylaby w słowa, nazwał butelkę „ogonkiem”. A ogonek to przecież penis. To jeszcze nic, dr Gujska doskonale pamięta rodzinę z Tomaszowa Lubelskiego (ojciec, jego siostra i brat oraz ich 80-letnia matka), które na kilka lat trafiła za kratki za to, że według psychologa wszyscy kładli się pokotem na pięcioletnim chłopcu i go gwałcili. Prym miała wieść stojąca nad grobem babcia.

Co ciekawe, sąd przyjął diagnozę psychologa wbrew zdrowemu rozsądkowi podpowiadającemu, że kilku dorosłych ludzi leżących kupą na kilkulatku mogłoby nie tyle go gwałcić, ile zgnieść. I wbrew ekspertyzie seksuologa prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza, który kategorycznie wykluczył, by rodzina wyrządzała dziecku jakąkolwiek krzywdę.

– Sądy, niestety, zazwyczaj przyjmują wymysły psychologów bez mrugnięcia okiem. Tak jak nie weryfikują umiejętności tych, których wcześniej powołały na biegłych – mówi, nie  kryjąc irytacji, dr Gujska. – W efekcie dziesiątki niewinnych ludzi skazuje się co roku na więzienie i utratę więzi z najbliższymi.

Jak twierdzi Barbara Gujska, nie chodzi o jednostkowe przypadki. Polski wymiar sprawiedliwości bardzo często bezkrytycznie opiera się przy wydawaniu wyroków na źle przygotowanych i niekompletnych opiniach psychologów. I nie zważa przy tym na metody, którymi się podpierają. A  te metody, delikatnie rzecz ujmując, są dyskusyjne.

O czym świadczy ziemniak

– Niestety, w wielu wypadkach to nie poparty badaniami empirycznymi wytwór inwencji i, przykro to powiedzieć, chorej wyobraźni ludzi, których jedyną wartością jest to, że zdobyli tytuł magistra psychologii – zauważa prof. Dariusz Doliński, wybitny psycholog społeczny, twórca wrocławskiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Dodaje, że  to właśnie tytuł, a nie na przykład kodeks zawodowy (bo taki nie  istnieje) czy narzucone środowiskowo mechanizmy kontroli (bo takich nie  ma), stawia psychologów w roli władców naszego życia. To oni stanowią o  tym, czy zostaniemy sklasyfikowani jako wariaci albo pedofile. Albo co  najmniej jako źli rodzice.

Na własnej skórze przekonała się o tym Ewa B. z Poznania, specjalistka w firmie z branży internetowej, matka sześcioletniej dziś dziewczynki. Kilka lat temu zauważyła, że jej córeczka po spotkaniach z ojcem (B. była już wówczas z mężem po  rozwodzie) staje się nerwowa i płaczliwa. Kobieta postanowiła poprosić o  pomoc w ustaleniu przyczyn zachowania dziecka psychologów z Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego.

– Po czterech godzinach oczekiwania psycholodzy zaprosili moją córkę na 15-minutowe spotkanie, podczas którego zdążyła ułożyć puzzle przedstawiające ziemniaka –  wspomina matka. Specjaliści sporządzili później kilkustronicowy raport, z którego wynikało, że Ewie B. należy, ze względu na jej osobowość i  sposób postępowania z dzieckiem, ograniczyć prawa rodzicielskie. Zdanie nieoczekiwanie zmienili… przed sądem.

– Broniąc się przed ich diagnozą, zwróciłam się do dobrego adwokata, który kilkoma prostymi pytaniami i logiczną argumentacją spowodował, że biegli wycofali się z  postawionych tez – mówi pani B.

Dariusz Bojda, kiedyś krakowski poeta, dziś bezrobotny mieszkaniec Poznania w zdiagnozowanej silnej depresji, dobrego adwokata nie miał. Za wysłanie do obcej osoby SMS-a, zinterpretowanego jako groźbę zrobienia krzywdy byłej dziewczynie, jak też za kilka innych późniejszych wybryków przesiedział w więzieniu siedem lat. Już zza krat wysłał list do więziennego psychologa, który po  godzinnym spotkaniu uznał, że Bojda ma zaburzoną osobowość. To  poskutkowało zakwestionowaniem jego poczytalności.

Bojdę szlag trafił, więc napisał: „Ja ci dam test Rorschacha. Ja Ci dam wywiad kliniczny w  oparciu o zmyślenia, urojenia i niczym niepoparte brednie w aktach. (…) Ja Ci dam takie plamy, że nie pomogą chlorowe wybielacze. Vanish też nie  pomoże. Żaden Vanish”.

Sąd uznał ten list za kolejną groźbę i zaocznie dołożył poecie pół roku odsiadki.

Test kleksów

Test Rorschacha polegał na interpretacji przez psychologa tego, co Bojda zobaczył na dziesięciu planszach z atramentowymi kleksami. Ten właśnie test w ubiegłym tygodniu oprotestowało ponad stu polskich naukowców, psychologów praktyków i studentów podczas czterodniowego happeningu na  uczelniach. Bo – zgodnie z trendami w światowej nauce – uznają go za szkodliwy, a już na pewno nieskuteczny.

Jednym z inspiratorów akcji był współpracujący ze stowarzyszeniem Stop Manipulacji doktor psychologii z  Wrocławia Tomasz Witkowski. To jeden z pierwszych naukowców, który odważył się ostrzec Polaków przed zgubnymi skutkami terapii niepopartych dowodami naukowymi. Także tymi, które dość powszechnie są uznane za  doskonałe i nieomylne, jak choćby NLP, czyli tzw. programowanie neurolingwistyczne. Witkowski jest autorem wielu artykułów publikowanych w prestiżowych pismach, takich jak „British Journal of Social Psychology”, napisał też książkę „Zakazana psychologia”.

– Właśnie piszę kolejną, bo nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że w Polsce mamy do czynienia z propagowaniem… czarów – wyjaśnia. – To tym bardziej przerażające, że nie zważając na racjonalne przesłanki, ignorując poważne badania, promuje się je w ośrodkach naukowych, za  publiczne pieniądze.

Kilka lat temu Witkowski zasłynął tym, że na łamach miesięcznika psychologicznego „Charaktery” napisał pod kobiecym pseudonimem artykuł o nowej terapii. Miesięcznik, któremu patronują naukowe autorytety z dziedziny psychologii, terapię bezrefleksyjnie „kupił”. – Jeśli „kupili” ją naukowcy, to co powiedzieć o tysiącach zdesperowanych ludzi, którzy znaleźli się na łasce hochsztaplerów? –  zastanawia się dr Witkowski.

W drugiej części „Zakazanej psychologii” naukowiec z Wrocławia opisuje działalność ośrodków, które jego zdaniem tylko udają, że leczą. Takich jak Instytut Terapeutyczny w Toruniu, który za pieniądze z PFRON poddaje niepełnosprawne dzieci skompromitowanej w świecie, a w niektórych krajach zakazanej terapii Domana-Delacato. Obiecuje ona rodzicom, że nawet najbardziej upośledzone dziecko może zmienić w Mozarta. Rzecz jasna za pomocą odpowiednich środków, np. zmuszania malucha do ciągłego pełzania albo chodzenia na  czworakach. Albo… przez podduszanie go dwutlenkiem węgla. – Zakłada się dziecku maskę, żeby przez jakiś czas nie oddychało – oburza się Aleksandra Wnuk, psycholog rehabilitacji, związana z ośrodkiem Krok za  Krokiem w Zamościu. – To wszystko pod płaszczykiem jego dobra. W  rzeczywistości zwyczajnie wykorzystuje się desperację i naiwność jego rodziców.

Odwinięte ucho

W pseudoterapie angażują się poważne instytucje, w tym uczelnie. Przykład pierwszy z brzegu: w Wyższej Szkole Edukacji Integracyjnej i  Interkulturowej w Poznaniu istnieje kierunek o nazwie „logopedia z  kinezjologią edukacyjną”. Metoda, której twórcą jest kanadyjski pedagog Paul Dennison, polega na tym, że dzieciom odwija się uszy, naciska na  ich ciele punkty energetyczne (tzw. mudry) i każe kreślić w powietrzu ósemki. To ma je rozwijać intelektualnie i emocjonalnie. Te ósemki kreślą dziś dzieci w wielu polskich szkołach (w ramach programów edukacyjnych MEN), ale też w ośrodkach rehabilitacyjnych dla  niepełnosprawnych.

– Kinezjologia edukacyjna nie dość, że jest niepotwierdzona naukowo, to jeszcze każe wierzyć, że tajemnicze ruchy typu trzymanie się za ucho i brzuch równocześnie mogą dziecku pomóc –  mówi dr Joanna Kryszczyńska z Kliniki Neonatologii Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. – To klasyczny przykład terapii magicznej, „uzdrowicielskiej”, która może przynieść negatywne skutki, bo odwołuje się do różnych dziwnych, bliżej niesprecyzowanych sił. Tylko dlatego coś ma działać, że zrobię określoną kombinację ruchów? To absurdalne!

A czyż nie jest absurdalne to, że najmodniejsza ostatnio w Polsce metoda uzdrawiania, tzw. dekodyka, obiecuje nie tylko szczęście, ale jeszcze energię na 120 lat życia?! Za odpowiednią opłatą zapewni to magister psychologii (specjalizacja kliniczna) Daniela Czarska, której stworzenie autorskiej metody uzdrawiania duszy szamańskimi metodami zajęło – jak twierdzi – aż 20 lat.

Dekodyka, choć jej skuteczności poza autorką nie  potwierdza żaden autorytet naukowy, podbija dziś Polskę. Pod jej wpływem Aneta R. z Gdańska, do niedawna nauczycielka biologii, odrzuciła balasty umysłu. Miesiąc temu rzuciła także pracę, bo uznała, że nudzi ją ciągłe powtarzanie na lekcjach monotonnych regułek. Życie jest takie piękne i  ciekawe, znacznie ciekawsze od życia płciowego pantofelka – uznała.

Miesiąc temu R. rzuciła również męża biznesmena. Choć sama do końca nie  wie dlaczego. – Mąż na pewno miał w tym udział. Niczego nie potrafił odkodować, poza programem w telewizji – tłumaczy się, trochę sama przed sobą, nauczycielka. Dziś spędza czas w wynajętej kawalerce, od rana do  wieczora oglądając w sieci nagrania, na których Daniela Czarska medytuje albo ujawnia tajemnice, jak połączyć to, co dotąd było w Anecie oddzielone: Świadomy Umysł, Nadświadomy Umysł i Podświadomy Umysł.

Umysł na razie nie podpowiedział Anecie R., z czego będzie żyć, gdy skończą się oszczędności. Na szczęście są warsztaty dekodyki, na których za 800  zł nie tylko R. może się uwolnić od wkodowanego w mózg programu, przez który cierpi na brak pieniędzy.

Wyciszę każdego

Markowi Świętopełkowi Zawadzkiemu (który uważa się za piastowskiego księcia) opracowanie terapii o nazwie chirurgia głębinowo-psychologiczna zajęło kilka lat więcej niż Czerskiej. Jej celem jest uzyskanie przez pacjenta harmonii i wyciszenia. Świętopełk Zawadzki potrafi wyciszyć każdego, nawet geja czy onanistę. Po co? Po to choćby, by nie przekazywał swoim dzieciom i wnukom genów, które wywołają u nich jak najgorsze skłonności, z homoseksualnymi i morderczymi włącznie.

Naukowcy załamują ręce. – Mówimy o zawodzie zaufania społecznego, który powinien być obwarowany mechanizmami kontroli i samokontroli – mówi prof. Jerzy Karyłowski z Katedry Metodologii Badań Psychologicznych SWPS. – Niestety nie jest w wystarczającym stopniu. A powinien, bo podobnie jak do  lekarza, także do psychologa zwracają się ludzie w sytuacjach skrajnych, często postawieni przed murem. Z tej też przyczyny psychologia jest dziedziną tak podatną na działania różnych hochsztaplerów. Sprawę miała rozwiązać po części ustawa o zawodzie psychologa, której celem było powołanie regionalnych izb psychologów z uprawnieniami do kontrolowania gabinetów. Izb jednak nie ma, bo żaden z rządów nie wprowadził do tej pory przepisów.

– Bardzo istotny jest również poziom kształcenia studentów. Im wyższy, tym łatwiej będzie im odróżniać ziarno od plew –  dodaje prof. Karyłowski.
Problem w tym, że ziarna od plew nie odróżniają często nawet psycholodzy z tytułami.

Dr psychologii Anna Winnicka w  swoim Śląskim Centrum Psychosomatyki w Katowicach prowadzi psychoterapię indywidualną, małżeńską i rodzinną. Specjalizuje się w metodzie ustawień rodzin Berta Hellingera, byłego zakonnika, który spędził 16 lat wśród Zulusów. Metodę tę można spokojnie przyrównać do seansów spirytystycznych. W obu przypadkach bowiem celem jest wywołanie duchów: podczas spotkań do głosu dochodzą zmarli przodkowie, najczęściej po to, by wyjawić tajemnice, przez które mamy nieszczęśliwe życie.

Duchy wywołuje się dziś w dziesiątkach polskich gabinetów. Mimo że w  Niemczech, skąd pochodzi Hellinger, jego spektakle są zakazane. Nie  tylko dlatego, że metoda byłego zakonnika nie ma podstaw naukowych, przez nikogo nie została zbadana ani sprawdzona. Także dlatego, że po  jednym z publicznych ustawień rodzinnych uczestnicząca w nim kobieta popełniła samobójstwo. Na scenie, od samego Hellingera, dowiedziała się wcześniej, że jest… „zimnym sercem”. Takie zdanie mieli o niej zapewne jej przodkowie.

Moderator, szkoła oachingu – https://moderator.edu.pl/

 

 

„O, znowu to zrobiłaś!” – temat kłamstwa w „Wysokich Obcasach Ekstra”

Konflikty

Tylko maszyna zrozumie człowieka.

Tylko maszyna zrozumie człowieka. Naszą przyszłością są sztuczni psycholodzy
Czy niedługo będą nas leczyć cyberpsycholodzy?
(źródło: www.focus.pl) (więcej…)

DANE KONTAKTOWE:

Moderator Sp. z o.o.

Ul. Św. Józefa 1/3

50-329 Wrocław

NIP: 8982197272